niedziela, 14 czerwca 2015

Walka z wiatrakami

Dziś kolejna historia, którą postanowiła podzielić się z nami Magda.
Zapraszam.



Wszystko zaczęło się 10 lat temu. Mój Dziadzio, emerytowany żołnierz (37 lat służby czynnej) razem z babunia odpoczywali podczas gdy ja byłam w pracy. Było niedługo po 12 gdy Babcia zadzwoniła do mnie płacząc, że coś dzieje się z Dziadkiem, że leży bezwładny i "bełkocze". Kazałam jej wezwać pogotowie a sama zaczęłam biec do domu. Miałam do pokonania 5 ulic a byłam szybciej od pogotowia znajdującego się minutę od domu. Sanitariusz widząc, ze się trzęsę skrzyczał mnie mówiąc że nic nie pomagam i żebym się uspokoiła. Szczęście w nieszczęściu mieszkamy nie tylko koło pogotowia ale tez przy szpitalu, więc dobiegłam tam razem z karetka. Tam szybkie badania i diagnoza, która zwaliła mnie z nóg. Udar niedokrwienny pnia mózgu, szanse na przeżycie równe zeru. Boże, gdybyście mogły zobaczyć rozpacz Babci, która z Dziadziem była już 55 lat po ślubie. Pan dr łaskawie powiedział że maks tydzień Dziadzio będzie żył i skierował go na intensywną neurologiczna. Kilka dni po pierwszym udarze kolejna tragedia, w szpitalu nastąpił kolejny udar. Tym razem tzw mikroudar, w porę zauważony i powstrzymany, znowu pan dr stwierdził, że jeśli pacjent przeżyje w co wątpi to najwyżej będzie warzywem. Nie umiem opisać tego co czułam bo byłam wnusia Dziadziusia, która nagle w wieku 24 lat dowiaduje się ze może stracić najukochańszego człowieka na świecie a do tego musi walczyć o Babcię, która jest blisko załamania. Wtedy zaczęła się nasza walka o życie Dziadzia. Pierwszy krok, zbieranie pieniędzy bo niestety mamy czasy takie a nie inne. Drugi krok, zmiana lekarza na najlepszego. Trzeci, załatwienie rehabilitanta bo na intensywnej się nie należy. Całe dnie na zmianę z Babunia byłyśmy koło Dziadzia, karmiłyśmy, przewijałyśmy, myłyśmy, płakałyśmy gdy choroba odbierała mu zmysły. Człowiek po udarze może przez pewien czas nie mieć kontaktu z rzeczywistością, Dziadzio czasem był szejkiem, innym razem myślał że ma znowu naście lat a przy tym uczył się na nowo mówić. Dlaczego się uczył? Bo udar odebrał mu władzę nie tylko w nogach i rękach ale także sparaliżował struny głosowe. Po trzech miesiącach sukces, przenoszą nas z neurologii na ortopedie by tam lepiej rehabilitować. Kolejny sukces, Dziadzio odzyskał władzę w prawej połowie ciała, lewa niestety nie chce współpracować. Ty już myślałyśmy, że gorzej być nie może u Babci lekarze diagnozują cukrzycę, strach bo Babcia jest po wygranej walce z rakiem i każda choroba wywołuje u Babuni lęk przed nawrotem. Mijają kolejne 3 miesiące i padają słowa, że Dziadzio musi opuścić szpital. Boże, skąd my weźmiemy siłę by się w domu nim zająć, takie pytanie od razu zaczęło nas męczyć, ale wtedy ku  naszemu zdziwieniu lekarz zaproponował przeniesienie do drugiego szpitala. Cudowna nowina, która zakłóca jedynie diagnoza mojego dr, w wyniku dźwigania Dziadka uszkodziłam kręgosłup. Mimo bólu, dalej walka bo życie Dziadka ważniejsze jest od wszystkiego innego. Kilka miesięcy rehabilitacji i Dziadzio wstaje i zaczyna chodzić z naszą pomocą, niestety bez współpracy lewej połowy ciała, ale jest z nami i żyje i to najważniejsze. I znowu pan dr wpada na pomysł ze jeszcze za wcześnie by Dziadzio wracał do domu i załatwia mu miejsce w kolejnym szpitalu. Przez prawie rok Dziadzio od szpitala do szpitala jeździ. My w tym czasie walczymy z Babunia z depresją, bólem i bezsilnością. Przed oddaniem nam Dziadzia dr długo mi tłumaczy co może się dziać i ze będzie źle i ze udar może wrócić. Pada oferta domu opieki, moja odpowiedź jest stanowcza, PO MOIM TRUPIE! Przez dwa lata kolejne życie upływa nam na chodzeniu z Dziadkiem na rehabilitację i kontrole, jest ciężko bo Babunia z racji wieku i chorób też ledwo daje rade. Ja w tym czasie kończę studia i pracuje na zastępstwie w szkole. Nagle po 3 latach odbieram od Babci telefon na egzaminie, coś się dzieje z Dziadkiem. Szok i strach makabryczny, wykładowca zwalnia mnie z egzaminu i pozwala jechać. Trafiamy z Dziadziem do szpitala i kolejny raz słyszymy te cholerne słowo UDAR. Boże dlaczego? Za jakie grzechy? Tym razem mały ale niczym zapalnik bomby. Aktywuje dwie choroby, ALZHEIMER i PARKINSON. Wiecie co myśli w tym momencie sobie 27-letnia dziewczyna? Że życie straciło sens, że nie ma sprawiedliwości, że Bóg nie ma litości. Ale mimo załamania zaczyna kolejną walkę, ramię w ramie z Babunia. Nie będę udawać, że jestem silna, że wiem wszystko, że umiem sobie radzić z bólem. Życie z chorym na Alzheimera jest jak walka z wiatrakami, nie znasz dnia ani godziny gdy choroba przysłoni na chwilę jasność rozumowania. Dziadek miewa różne fobie, boi się zostać sam, boi się ciemności, boi się wyjść z domu, boi się ze Babcia się zabije, że zostawię dzieci w sklepie. No tak, zapomniałabym o najważniejszym. Sześć lat temu poznałam mojego męża, wspaniały mężczyzna który usłyszawszy że opiekuje się razem z Babunia chorym Dziadkiem nie uciekł jak inni, wręcz przeciwnie został i pokochał go jak swojego Dziadka. Owocem naszej miłości, są dwie kochane córeczki, Wiktoria lat 3,5 i Łucja 4 miesiące.
 To są nasze dwie małe iskierki, które dodają nam sił gdy zaczynamy się poddawać. Tak...poddawać... żyjemy z świadomością ze już nigdy nie będzie lepiej, że nigdy Dziadzio nie będzie samodzielny, że nigdy nie pójdzie bez naszego wsparcia, że już nigdy nie przestanie mu się trząść sprawna ręka, że już nigdy nie znikną fobie. Bywa bardzo źle, kiedy bezsilna krzyczę do niego, gdy płacze patrząc jak siedzi zapatrzony w sufit, gdy widzę jak Babcia z depresji w depresję wpada, ale nigdy nie jest tak źle by go oddać. Mam 34 lata, mam dwójkę małych dzieci, męża, chorego Dziadzia i cudowna Babunie i jestem najszczęśliwsza kobieta na świecie, bo mimo cierpień które przynosi nam co jakiś czas los to dostajemy też takie małe nagrody za walkę o Dziadzia. Dla mnie nagrodą są moje córki, które mimo chorego kręgosłupa urodziłam siłami natury. Dla mojej Babuni nagroda jest każdy uśmiech Dziadzia i miłość moich córek. Może moja historia nie jest najlepiej napisana, może nie jest dla każdego ciekawa ale chciałam Wam pokazać, że nigdy nie jest tak źle by się poddać, że zawsze trzeba walczyć. Ja walczę i będę walczyć do końca, o Dziadzia, Babunie a teraz też o moje skarby małe.


Autor:Magdalena Martyna Kielar

11 komentarzy:

  1. Wzruszająca opowieść! Pełna siły, miłości i determinacji. Podziwiam i życzę autorce dużo pomyślności!

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzeba walczyć,całe życie to jedna wielka walka.Życzę dużo siły.

    OdpowiedzUsuń
  3. Aż łezka poleciała... Dużo siły dla Ciebie i Twojej rodziny! :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam z zapartym tchem, łzy same napływają do oczu. Jesteś niesamowita, że masz tyle siły. Życzę Tobie i całej rodzinie abyście zawsze byli razem- bo to jest prawdziwa siła...

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję za tak miłe słowa :-) najbardziej dziękuję Sylwii, która dała nam możliwość dzielenia się swoimi historiami :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wzruszająca historia. Ja już nie mam dziadków - jeden zmarł po wieloletniej chorobie (Alzheimer) a drugi miał nowotwór. Bardzo przeżyłam obie straty.

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeszły mnie ciarki. Nie wiem czy ze wzruszenia czy ze smutku. Masz 34 lata, a odnosisz się do osób starszych z szacunkiem, z miłością. Po części Ci zazdroszczę, nigdy nie miałam dziadka i nie byłam niczyją "wnusią".
    Zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jest ciekawa i jest piękna. Moja mama też miała udar 7 lat temu. Pracowałam wtedy w Szkocji i musiałam wrócić. Ale o dziwo mama czuję się w miarę dobrze. Nie mówi, ale sama się porusza. A najważniejsze że przeżyła. Lekarze sami są w szoku że tak dobrze to się skończyło :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze i odwiedziny mojego bloga :)
Każdego z komentujących odwiedzę na pewno :)